Jest to pierwszy wpis tego typu, a zarazem początek cyklu związanego z jedną z moich największych pasji, co prawda odkrytą dość późno, ale w myśl przysłowia lepiej późno niż później. Oczywiście, jak wskazuje tytuł wpisu, chodzi tu o podróże. Dziś konkretnie chciałbym się zająć tą dużą, to znaczy  nie chodzi mi o jakąś mega daleką podróż, ale o ekspedycję, dzięki której poznałem i zarazem przekroczyłem swoje granice. Wraz z grupą moich przyjaciół, na czele której stał mój przyszły Teść, postanowiliśmy zdobyć najwyższy szczyt Niemiec, Zugspitze, która to wznosi się na 2963 m n.p.m.. W celu rozpoczęcia wędrówki o 7 rano, z domu wystartowaliśmy o godzinie 5:00. Pogoda tego dnia zapowiadała się bardzo dobrze, początek wędrówki przebiegał bardzo dobrze, ah chyba nie ma nic lepszego niż chwilowy odpoczynek przy górskim potoczku i przemyciu spoconej twarzy w jego lodowatej wodzie. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, aż do momentu dojścia do lodowca. Tak, tak, prawdziwego lodowca, wiecznej zmarzliny, która widziała już nie jedno. Zaczeliśmy się przygotowywać do pokonania tej przeszkody skąd ino byliśmy jej świadomi i nasz ekwipunek zawierał też raki. Niestety nie wszyscy tego dnia byli dobrze przygotowani, co bardzo szybko zweryfikowało totalne załamanie pogody !!! Był to wrzesień, a ja byłem świadkiem burzy śnieżnej z piorunami. Wszystko trwało może 15min, a w moim odczuciu trwało cała wieczność. Deszcz i śnieg, który dodatkowo spowodował, że podłoże stało się jeszcze bardziej śliskie i temperatura, która obniżyła się o ok. 10 stopni. Brałem udział w akcji ratunkowej, tzn. nikogo z naszej grupy, ale innego śmiałka, który również chciał zdobyć ten szczyt, swoją drogą kompletnie nieprzygotowany. Całkowicie się załamał. Pomimo naszych prób pomocy i motywacji, skończyło się na wezwaniu helikoptera, który go przewiózł w bezpieczne miejsce. Podczas całej tej akcji też straciliśmy mnóstwo sił, a przed nami został najbardziej wymagający odcinek. Pomimu kilku załamań, dzięki sile woli, słowach otuchy i motywacji mojego przyjaciela, przekroczyłem swoje granice i po 12h wędrówki i wspinaczki, wykończony, przemoczony i nieziemsko szczęśliwy zdobyłem wymarzony szczyt!!! Było to wydarzenie, które zapamiętam do końca życia i nauka, że góry są nie przewidywalne i należy im się ogromny szacunek. Poniżej kilka zdjęć z tej ekspedycji.

One thought on “Podróże małe i duże – cz.1 „Zugspitze”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *